To jest nasz sen – Santander Letnie Brzmienia 2025 nadał puls miastu [ZDJĘCIA, dzień 2]

Nie każda sobota zapada w pamięć tak jak ta, którą przeżyliśmy 12 lipca na Polach Marsowych. Drugi dzień Santander Letnie Brzmienia 2025 we Wrocławiu nie tylko dopisał pogodą – po raz kolejny bez deszczu – ale przede wszystkim przyniósł to, czego od letnich festiwali oczekujemy najbardziej: moc artystycznych doznań, szczerość scenicznych emocji i przestrzeń, w której muzyka staje się czymś więcej niż dźwiękiem.

Główna scena: od szczerości do ekstazy

Festiwalową sobotę otworzyła JUCHO, artystka, która bez krzty przesady zasługuje na miano jednej z najbardziej autentycznych postaci młodej sceny alternatywnej. Jej charyzmatyczna obecność, oszczędne, ale celne słowa między piosenkami i odwaga w opowiadaniu osobistych historii sprawiły, że już od pierwszych minut publiczność mogła poczuć, że to nie będzie dzień „na pół gwizdka”. To był start z duszą – i z obietnicą, że będzie tylko ciekawiej.

O 18:10 scenę przejęła COMA, wracająca po latach milczenia w składzie z Piotrem Roguckim. I to był ten moment, w którym festiwal przyspieszył. Nie było tu miejsca na nostalgię, bo COMA przyjechała z potężnym, rockowym ciosem i Roguckim w najwyższej formie – scenicznym zwierzęciem, które nie tylko porwało publiczność, ale wręcz nią zawładnęło. „Pasażer”, „100 tysięcy jednakowych miast” czy „Spadam” rozbrzmiewały z siłą, która przypomniała nam, jak bardzo brakowało tego głosu na żywo.

Kulminacja emocji? Edyta Bartosiewicz. Jej koncert z Good Taste Orchestra to nie był zwykły występ – to była ceremonia wspólnego przeżywania, niemal sakralna chwila zanurzenia się w brzmieniach, które przez dekady dojrzewały w nas, w naszych wspomnieniach i wrażliwości. „To jest mój sen”, „Jenny”, „Ostatni” – te utwory zabrzmiały inaczej, mocniej, głębiej. Bartosiewicz udowodniła, że nawet w epoce playlist i TikToka uczciwość i talent nie tracą swojej siły rażenia.

Gdy na scenie pojawił się Zalewski, tempo nie zwolniło ani na chwilę. Znany z dopracowanych show i nieprzewidywalnych interakcji z publiką, dał z siebie wszystko. Jego energia była zaraźliwa, a fakt, że od pierwszych sekund koncertu widzowie ruszyli pod scenę i nie odpuszczali do ostatniego numeru, mówi sam za siebie. Zalewski utrzymuje status jednego z najciekawszych wykonawców polskiej sceny pop-rockowej – i nie zamierza go nikomu oddać.

A potem przyszedł czas na zamknięcie dnia – i festiwalu – z przytupem. MROZU, jak to Mrozu, nie zawiódł. Jego koncert był pełnoprawnym spektaklem, z premierami z nadchodzącej płyty, perfekcyjnym prowadzeniem publiczności i… momentem zupełnie wyjątkowym. Gdy zawiódł dźwięk na scenie, Mrozu bez zawahania sięgnął po mikrofon konferansjerski i zaczął śpiewać a capella, razem z publicznością. Bez muzyki. Bez sztuczek. Z serca. Chyba nikt, kto był wtedy pod sceną, nie zapomni tej chwili. To był festiwalowy moment przez duże M.

NEXT FEST Stage – głos młodych i głodnych sceny

Po drugiej stronie festiwalu, na NEXT FEST Stage, można było poczuć, co dzieje się w muzyce „tu i teraz” – zanim trafi na listy przebojów. Maks.Tachasiuk, Filip Grodowski i Marcin Maciejczak to trójka artystów, których występy mogły zaskoczyć nawet wytrawnych słuchaczy.

Maks.Tachasiuk urzekł subtelnością i melancholijnym minimalizmem, który dobrze brzmiał w otwartym, wczesnowieczornym anturażu. Filip Grodowski był natomiast bardziej bezkompromisowy – energiczny, pewny siebie, z potencjałem na coś większego. Największe emocje wzbudził jednak Marcin Maciejczak, który z wyjątkowym wyczuciem balansował między wrażliwością a sceniczną ekspresją. Jego koncert był wzruszający i dojrzały, daleki od łatwych festiwalowych schematów.


Dzięki Twojemu wsparciu możemy dostarczać rzetelne relacje i ekskluzywne zdjęcia z kolejnych wydarzeń! Postaw nam kawę! ✌️



BitterSweet Stage – przestrzeń ciszy, rozmowy i tańca

Nowością tegorocznej edycji była BitterSweet Stage, łącząca kameralność, szczerość i wspólnotowość. Tu muzyka spotkała się z emocjami – dosłownie.

Podczas panelu „Jak się nie pogubić?”, Kuba Karaś otwarcie mówił o tym, jak ważne jest dawanie sobie przestrzeni na emocje i odpoczynek, szczególnie w branży, która rzadko pozwala na zatrzymanie się. To było ważne, potrzebne i zaskakująco intymne spotkanie, które pokazało, że festiwal może być też miejscem dialogu, a nie tylko zabawy.

Wieczorem ta przestrzeń zamieniła się w coś zupełnie innego – silent disco pod wodzą samego Kuby Karasia. To było jeden z najciekawszych momentów dnia, zupełnie inna energia niż na głównej scenie, ale równie magnetyzująca. Ludzie tańczyli w słuchawkach, śmiali się, krzyczeli bezgłośnie. Jakby cała rzeczywistość zniknęła, a została tylko muzyka i ruch.

Nie tylko scena – festiwalowe życie poza koncertami

To, co buduje tożsamość Santander Letnie Brzmienia, to nie tylko line-up. Wrocław kolejny raz pokazał, że festiwal może być doświadczeniem totalnym. Strefa chilloutu, warsztaty (od plecenia wianków po sitodruk), food court z rabatem przy płatnościach Santander – każdy detal był przemyślany i dawał uczestnikom poczucie, że są częścią czegoś wyjątkowego.

Nie było przesady, nie było tanich zachwytów. Było uczciwie, różnorodnie i z klasą. I to chyba największy komplement, jaki można oddać temu wydarzeniu.

To nie tylko koncerty – to wspólnota przeżywania

Santander Letnie Brzmienia 2025 we Wrocławiu przypomniały nam, że muzyka może być wszystkim: terapią, radością, krzykiem, tańcem, zatrzymaniem się na chwilę. I że nie trzeba jechać na drugi koniec Europy, by przeżyć festiwal, który zostanie z nami na dłużej.

Jeśli byliście – wiecie, o czym mowa. Jeśli Was zabrakło – zostały Wam wspomnienia z relacji i jedno ważne postanowienie: w przyszłym roku spotykamy się znów.

ZDJĘCIA

Fot. Magda Stasio | @magda_fotografowanie

Link do zdjęć: https://www.facebook.com/share/p/19T51pkMje/

Dziękujemy, że czytasz artykuły na tuPozytywnie.pl 🙂 Bądź zawsze na bieżąco i obserwuj nas na Facebooku!