10 września Atlas Arena w Łodzi zamieniła się w miejsce spotkania kilku różnych światów. Z jednej strony Alice Cooper i Joe Perry, czyli muzycy, których nazwiska od dekad są częścią historii rocka. Z drugiej Johnny Depp, aktor rozpoznawalny niemal pod każdą szerokością geograficzną, który na scenie nie próbował jednak grać roli hollywoodzkiej gwiazdy. Hollywood Vampires przyjechali do Polski z repertuarem zbudowanym z własnych utworów i klasyków innych artystów. Dostaliśmy wieczór, w którym nostalgia była ważna, ale nie zastąpiła muzyki.
Już sama obecność tego składu jest czymś nietypowym. Hollywood Vampires nie są klasycznym zespołem, który przez lata budował swoją tożsamość wokół jednej dyskografii. To raczej muzyczna grupa przyjaciół, dla których rockowa historia jest punktem wyjścia do wspólnego grania. W ich repertuarze spotykają się utwory związane z Aerosmith, The Doors, The Who, AC/DC, Davidem Bowiem czy The Velvet Underground. Do tego dochodzą kompozycje samego Coopera oraz materiały sygnowane nazwą Hollywood Vampires.
I właśnie dlatego ten koncert należało traktować trochę inaczej niż występ zespołu promującego nową płytę. Nie przychodziliście przecież do Atlas Areny po premierowe odkrycia. Przychodziliście po spotkanie z rockiem, który dla wielu z Was jest częścią muzycznej pamięci.
Alice Cooper nadal wie, jak prowadzić rockowy teatr
Jeżeli ktoś miał wątpliwości, kto będzie gospodarzem tego wieczoru, bardzo szybko zostały one rozwiane. Alice Cooper od pierwszych minut przejął rolę przewodnika po świecie Hollywood Vampires. Charakterystyczny makijaż, kapelusz, laska, teatralne gesty i sceniczna mimika nie były jedynie dekoracją. Cooper nadal doskonale rozumie, że koncert rockowy może być również przedstawieniem.
Nie chodzi przy tym wyłącznie o efektowność. W jego przypadku teatralność jest częścią muzycznej osobowości od tak dawna, że trudno oddzielić jedną od drugiej. W Łodzi również dostaliśmy charakterystyczny dla niego mroczny spektakl, z wizualizacjami, rekwizytami i atmosferą kontrolowanego chaosu.
Scenografia od początku budowała klimat czegoś pomiędzy gotyckim zamkiem, gabinetem osobliwości a klasycznym rockowym widowiskiem. Nad sceną pojawiały się charakterystyczne elementy związane z wampirzą estetyką, a obrazy towarzyszące muzyce przypominały, że Hollywood Vampires mają własną mitologię.
Cooper nie musiał jednak przesadnie korzystać z efektów. Największym elementem scenografii pozostawał on sam. Mimo wieku wciąż potrafi narzucić koncertowi własne tempo, znaleźć właściwy moment na gest czy spojrzenie i sprawić, że kilkutysięczna hala skupia uwagę właśnie na nim.
To szczególnie interesujące w zestawieniu z Johnnym Deppem.
Johnny Depp bez hollywoodzkiej pozy
Trudno było nie zauważyć reakcji publiczności, kiedy Depp pojawiał się na pierwszym planie. W końcu dla części widzów sama możliwość zobaczenia go na żywo była wystarczającym powodem, by znaleźć się tego wieczoru w Atlas Arenie.
Tyle że Depp nie próbował wykorzystać swojej pozycji największej gwiazdy wieczoru. Nie przejmował koncertu, nie budował wokół siebie spektaklu i nie zachowywał się jak ktoś, kto musi udowodnić publiczności, że zasługuje na miejsce obok Coopera i Perry’ego.
Wręcz przeciwnie.
Przez znaczną część występu pozostawał nieco z boku, grając na gitarze i pozwalając bardziej doświadczonym scenicznie kolegom prowadzić całość. Kiedy jednak przychodził jego moment, publiczność natychmiast reagowała.
Depp pokazał przy tym coś, czego nie da się wyreżyserować. Wyraźnie czerpał przyjemność z samego grania. Uśmiechy, kontakt z pozostałymi muzykami i swobodna postawa sprawiały wrażenie, jakby na kilka godzin naprawdę udało mu się odłożyć na bok karierę aktorską.
Jego wokalne występy nie były próbą konkurowania z Cooperem. I dobrze. W utworach, które wykonywał, ważniejszy od perfekcyjnej techniki był charakter. Szczególnie interesująco wypadło jego podejście do „Heroes” Davida Bowiego – zamiast kopiować oryginał, Depp wykonał go po swojemu, z bardziej surową, aktorską manierą.
To nie był wokal, który miał olśnić techniczną perfekcją. Miał opowiedzieć piosenkę.
Joe Perry dostał własny moment
Obok Coopera równie ważną postacią był Joe Perry. Gitarzysta Aerosmith nie potrzebuje przecież szczególnego przedstawienia. Jego charakterystyczne brzmienie od pierwszych dźwięków przypominało, dlaczego jego styl stał się jednym z rozpoznawalnych elementów amerykańskiego hard rocka.
Perry nie grał dla samego popisu. Jego partie były przede wszystkim częścią większej całości, ale kiedy pojawiała się przestrzeń na gitarę, słychać było doświadczenie muzyka, który nie musi niczego udowadniać.
W repertuarze znalazło się miejsce na utwory Aerosmith, w tym „Bright Light Fright”, a także „Walk This Way”. Ten drugi szczególnie mocno przypomniał, jak potężny potencjał ma dobrze znany riff, kiedy dostanie odpowiednią przestrzeń i odpowiednio głośne nagłośnienie.
Perry miał zresztą jeszcze jeden szczególny powód do świętowania. 10 września przypadały jego 76. urodziny. W pewnym momencie koncert zamienił się więc w urodzinową imprezę, a na scenie pojawił się tort. Publiczność włączyła się do świętowania, a muzycy pokazali, że za całym tym wielkim rockowym przedsięwzięciem rzeczywiście stoi także koleżeńska relacja.
To był jeden z najbardziej naturalnych momentów wieczoru. Bez wielkiej produkcji, bez potrzeby budowania dramaturgii. Po prostu muzycy świętujący urodziny jednego z nich razem z publicznością.
Rockowa historia w jednym repertuarze
Największą siłą i jednocześnie pewnym ograniczeniem Hollywood Vampires jest ich repertuar. Trudno znaleźć drugi współczesny koncert, podczas którego w ciągu jednego wieczoru można przejść od The Velvet Underground do Aerosmith, od The Who do AC/DC, a następnie wrócić do twórczości Alice’a Coopera.
To działa, ponieważ muzycy nie traktują tych utworów jak muzealnych eksponatów. Grają je z energią zespołu, który zna te kompozycje od podszewki.
W pierwszej części koncertu więcej miejsca zajmowały utwory mniej oczywiste dla przypadkowego słuchacza. Pojawiły się także własne kompozycje Hollywood Vampires, między innymi „I Want My Now” i „Raise the Dead”. To ważne, ponieważ pokazuje, że projekt nie ogranicza się wyłącznie do roli rockowego cover bandu.
Jednocześnie dopiero kolejne klasyki pozwoliły zobaczyć, po co właściwie ten zespół został powołany.
„Venus in Furs” The Velvet Underground otrzymało cięższe, bardziej koncertowe oblicze. W „Baba O’Riley” powróciła energia The Who, natomiast „Roadhouse Blues” przeniosło publiczność w stronę The Doors. Był też ukłon w stronę AC/DC, Davida Bowiego oraz innych postaci, bez których współczesny rock wyglądałby zupełnie inaczej.
Szczególne znaczenie miało „People Who Died”. Nie był to po prostu kolejny szybki rockowy numer. W kontekście całego projektu stał się muzycznym przypomnieniem o artystach, którzy odeszli, ale których twórczość nadal pozostaje żywa.
Dzięki Twojemu wsparciu możemy dostarczać rzetelne relacje i ekskluzywne zdjęcia z kolejnych wydarzeń! Postaw nam kawę! ✌️
Na ekranach pojawiały się wizerunki kolejnych muzycznych legend. To właśnie wtedy koncert przestawał być wyłącznie pokazem umiejętności znanych muzyków, a stawał się opowieścią o pokoleniu rocka, którego kolejnych przedstawicieli z roku na rok jest coraz mniej.
Nie tylko nostalgia
Łatwo byłoby sprowadzić Hollywood Vampires do zespołu grającego na sentymencie. I rzeczywiście, nostalgia jest tutaj bardzo silnym elementem. Tyle że sam sentyment nie wystarczyłby do zagrania takiego koncertu.
Publiczność może znać „Walk This Way”, „Heroes” czy „Highway to Hell”, ale znajomość piosenki nie gwarantuje, że jej nowe wykonanie będzie interesujące. W Łodzi najważniejsze było to, że muzycy nie próbowali odtwarzać jeden do jednego dawnych nagrań.
Nie wszystkie interpretacje muszą oczywiście przekonać każdego. W tak różnorodnym repertuarze trudno oczekiwać, aby każda piosenka brzmiała równie przekonująco. Hollywood Vampires są zespołem złożonym z muzyków o bardzo różnych osobowościach i doświadczeniach. To daje różnorodność, ale sprawia też, że koncert nie jest idealnie równym stylistycznie widowiskiem.
I właśnie dlatego warto patrzeć na niego jako na rockową podróż, a nie pokaz perfekcyjnie skrojonego repertuaru.
Raz dostajemy ciężkie gitarowe granie, za chwilę utwór bardziej bluesowy, następnie klasyczną rockową balladę, a chwilę później numer, który mógłby rozruszać każdy klubowy parkiet.
„Heroes”, „Highway to Hell” i momenty, które zostają
Jednym z najbardziej charakterystycznych momentów koncertu było wykonanie „Heroes” przez Deppa. Piosenka Bowiego jest na tyle silnie związana z jego oryginalnym wykonaniem, że każda próba zmierzenia się z nią wiąże się z ryzykiem. Depp poszedł jednak w inną stronę.
Nie próbował zostać Bowiem. Zamiast tego stworzył własną, nieco teatralną interpretację. Dla części widzów mogło to być zaskoczenie, dla innych – jeden z ciekawszych punktów koncertu.
Zupełnie inną energię przyniosło „Highway to Hell”. Wykonanie klasyka AC/DC przez Hollywood Vampires miało w sobie odpowiednią dawkę surowości, a gitarowa sekcja zespołu pozwoliła mu zabrzmieć bez zbędnego wygładzania.
Nie zabrakło również „Walk This Way”, czyli momentu, w którym obecność Joe Perry’ego nabierała szczególnego znaczenia. Gdy gitarzysta Aerosmith rozpoczyna charakterystyczny motyw, trudno nie pomyśleć o całej historii rocka, która doprowadziła muzyków znajdujących się tego wieczoru na jednej scenie właśnie do tego miejsca.
Finał z balonami
Hollywood Vampires nie zamierzali kończyć koncertu w sposób przewidywalny. Pod koniec na publiczność spadły wielkie balony, a Alice Cooper po raz kolejny pokazał, że nawet po tylu dekadach potrafi wykorzystać prosty rekwizyt do stworzenia widowiska.
W finale pojawiły się „School’s Out” oraz „Another Brick in the Wall”. To był moment, w którym powaga wcześniejszych hołdów ustąpiła miejsca czystej koncertowej zabawie.
Cooper przebijał kolejne balony, muzycy pozwalali sobie na więcej luzu, a publiczność dostała dokładnie to, czego oczekuje się od końcówki dużego rockowego koncertu – głośny, nieco szalony i świadomie teatralny finał.
Nie zabrakło również przedstawienia zespołu i kolejnego urodzinowego akcentu związanego z Perrym. W ten sposób koncert, który przez sporą część wieczoru opowiadał o historii i przemijaniu, zakończył się czymś znacznie prostszym – wspólną zabawą muzyków i publiczności.
Smolik/Kev Fox na początek wieczoru
Zanim jednak scena należała do Hollywood Vampires, publiczność usłyszała polsko-brytyjski duet Smolik/Kev Fox. Ich muzyka, łącząca elektronikę z alternatywą i gitarowym brzmieniem, była wyraźnie innym punktem programu.
To zestawienie miało sens. Zamiast próbować rozgrzewać publiczność identycznym repertuarem, duet zaproponował własny język muzyczny, pozwalając wieczorowi rozpocząć się spokojniej i bardziej atmosferycznie.
Dzięki temu główny występ mógł później wejść na scenę z zupełnie inną energią.
Rock, który nie chce się zestarzeć
Hollywood Vampires w Atlas Arenie nie udowodnili, że czas się zatrzymał. Byłoby to zbyt proste i niepotrzebne stwierdzenie. Udowodnili natomiast, że muzyka może starzeć się zupełnie inaczej niż jej twórcy.
Alice Cooper ma dziś za sobą ponad pół wieku kariery. Joe Perry od dekad jest jednym z najbardziej charakterystycznych gitarzystów amerykańskiego rocka. Johnny Depp przyszedł do tego świat
