AC/DC na PGE Narodowym: Gdy rock znów huknął jak armata [recenzja]

Warszawa, 4 lipca 2025 roku. Wydarzenia takie jak to zapisują się w pamięci nie tylko jako koncerty – to manifesty pokoleniowe, dźwiękowe rytuały, w których legenda nie tyle odżywa, co trwa w pełni swojej siły. Pięćdziesiąt lat po powstaniu w Sydney, AC/DC znów uderzyło z całą mocą, pokazując, że rock’n’roll nie musi się starzeć, jeśli nie traci duszy. Wypełniony po brzegi PGE Narodowy stał się na jeden wieczór świątynią nieujarzmionego brzmienia – bez słodzenia, bez udawania, bez efektów specjalnych ponad miarę. Wszystko, co najważniejsze, zadziało się między dźwiękiem a fanami.

Stadion pod napięciem – od samego początku

Już kilka godzin przed rozpoczęciem występu można było poczuć to, co tak trudno opisać słowami: mieszankę oczekiwania, ekscytacji i prawdziwego rockowego głodu. Tłumy pod stadionem – różne pokolenia, ci, którzy widzieli ich w latach 80., i ci, którzy znają „Back in Black” z playlist na Spotify – wszyscy zebrani w jednym celu. Parking był przepełniony, ale organizacja w środku zaskoczyła sprawnością. Wejścia działały płynnie mimo dokładnych kontroli, a służby porządkowe radziły sobie bez zarzutu.

Scena? Surowa, ale potężna. Dwupoziomowa konstrukcja z imponującą liczbą głośników i ekranów – nie tylko z przodu, ale też po bokach, co sprawiło, że nawet osoby z bocznych sektorów miały pełny kontakt z wydarzeniem. Świetna widoczność, precyzyjne światła, animacje tworzące dodatkowe warstwy znaczeń. Pioruny, ogień, szum starych telewizorów, a nawet zaskakujące neonowe lalki – wszystko dopasowane do utworów i dalekie od przypadkowości.

Pół wieku później – wciąż na pełnym gazie

Gdy punktualnie o 20:30 wybrzmiały pierwsze riffy „If You Want Blood (You’ve Got It)”, nie było już wątpliwości: to nie będzie wieczór wspomnień, tylko żywe spotkanie z zespołem, który mimo zmian personalnych, nadal brzmi jak maszyna stworzona do grania stadionów. Brian Johnson wszedł na scenę w swoim klasycznym kaszkiecie, z głosem szorstkim i elektryzującym – jakby nic się nie zmieniło od lat 80.

Zespół nie próbował nawiązywać dialogów, nie opowiadał historii z trasy – przemawiał tylko muzyką. Krótkie przerwy między utworami – dosłownie półminutowe – pozwalały odetchnąć, ale nie wychodziły poza rytm koncertu. I może właśnie to było najbardziej uczciwe – w świecie, w którym każdy próbuje coś dopowiedzieć, AC/DC po prostu grali.

„Thunderstruck” i inne wybuchy energii

Już piąty utwór wieczoru, legendarny „Thunderstruck”, rozgrzał publiczność do czerwoności. Dziesiątki tysięcy głosów uniosły się w charakterystycznym „aaa-aaah”, a stadion zamienił się w jeden wielki wzmacniacz. Nie zabrakło największych hitów – „Back in Black”, „Hells Bells” (z opadającym z góry dzwonem z logo AC/DC), „Highway to Hell” (z pióropuszem ognia), „T.N.T.”, „You Shook Me All Night Long” czy potężnego „For Those About to Rock” z salwami armat i fajerwerkami, które zamknęły wieczór w dosłownym wybuchu.

Angus Young – żywioł nie do zatrzymania

Jeśli AC/DC jest silnikiem rock’n’rolla, to Angus Young wciąż jest jego iskrownikiem. Jego energia, fizyczność, nieprzewidywalność – wszystko to pozostaje bez zmian od dekad. Choć zbliża się do siedemdziesiątki, wciąż biega po scenie, zrzuca z siebie części garderoby, gra na gitarze krawatem jak smyczkiem i wyciska z publiczności każdy możliwy decybel.

Najbardziej imponującym momentem była jego solówka – trwająca kilkanaście minut, rozgrywająca się na podświetlanym wybiegu, którego końcówka oświetlała tłum z trzech stron. Angus najpierw podnosił ucho, prowokując publikę do coraz głośniejszego wrzasku, a potem wskakiwał na podnoszącą się platformę i grał nawet leżąc na plecach. Wystrzeliło wtedy potężne konfetti. Gdy przeniósł się na górę ułożonych z głośników konstrukcji i zaczął prowadzić dialog z publicznością dźwiękami – nikt już nie miał wątpliwości, że jesteśmy świadkami nie tylko koncertu, ale ikonicznego performance’u.


Dzięki Twojemu wsparciu możemy dostarczać rzetelne relacje i ekskluzywne zdjęcia z kolejnych wydarzeń! Postaw nam kawę! ✌️



Nowy skład – nowe pokolenie, ta sama moc

Oprócz Johnsona i Younga, zespół tworzą dziś Stevie Young (bratanek Malcolma, grający rytmicznie), Matt Laug (perkusja) i Chris Chaney (bas). To nie klasyczny skład z lat 70., ale chemia na scenie działa bez zarzutu. Grają precyzyjnie, ciężko i z pełnym oddaniem. AC/DC może mieć nową twarz, ale rdzeń pozostaje ten sam: nie ma miejsca na efekciarstwo, tylko na moc, groove i autentyczność.

Organizacja, bisy i pożegnanie z hukiem

Organizatorem koncertu było Live Nation. Podstawowy set trwał dokładnie 2 godziny – od 20:30 do 22:30, ale publiczność nie odpuściła. Po kilkuminutowym wyczekiwaniu, zespół wrócił i zagrał jeszcze dwa utwory – „T.N.T.” i epickie „For Those About to Rock (We Salute You)”. Zakończenie? Armaty, fajerwerki z boku sceny i nad nią, światła – wszystko z wielką klasą i doskonałym wyczuciem proporcji.

Opuszczenie stadionu – sprawne. Tłumy rozchodziły się bez chaosu, choć – jak zwykle na PGE Narodowym – wyjazd z parkingu to już inna historia. Na szczęście służby porządkowe stanęły na wysokości zadania, regulując ruch i usprawniając transport.

Czego byliśmy świadkami?

Koncert AC/DC w Warszawie nie był tylko nostalgicznym wspomnieniem dawnych lat. To był koncert, który pokazał, że rock może brzmieć potężnie i świeżo także dziś, bez zniżania się do współczesnych modnych form, bez udawania czegoś, czym nigdy nie był.

W czasach, gdy wiele zespołów z ich pokolenia gra już na pół gwizdka lub wyłącznie z playbacku, AC/DC zagrali na pełnym ogniu – uczciwie, głośno i z zaangażowaniem godnym młodych wilków.

Setlista – pełne 21 petard:

  1. If You Want Blood (You’ve Got It)
  2. Back in Black
  3. Demon Fire
  4. Shot Down in Flames
  5. Thunderstruck
  6. Have a Drink on Me
  7. Hells Bells
  8. Shot in the Dark
  9. Stiff Upper Lip
  10. Highway to Hell
  11. Shoot to Thrill
  12. Sin City
  13. Rock 'n’ Roll Train
  14. Dirty Deeds Done Dirt Cheap
  15. High Voltage
  16. Riff Raff
  17. You Shook Me All Night Long
  18. Whole Lotta Rosie
  19. Let There Be Rock
    Bis:
  20. T.N.T.
  21. For Those About to Rock (We Salute You)

Podsumowanie?

AC/DC nie wrócili – oni nigdy nie odeszli. Jeśli szukacie koncertu, który pokazuje esencję rocka: bez kalkulacji, bez modnych filtrów i bez kompromisów – to właśnie to.

W 2025 roku, po pół wieku na scenie, ci giganci nadal są mistrzami gry stadionowej. Wrócili do Polski, zostawiając po sobie nie tylko ogłuszający huk i konfetti, ale też pewność, że są rzeczy, które nie blakną z czasem – one po prostu się utwardzają.

Dla tych, którzy byli – to będzie wspomnienie na lata. Dla tych, którzy się wahają przed kolejnym koncertem trasy „PWR UP” – lepiej się pospieszcie. Rock w takiej formie nie zdarza się codziennie.

Dziękujemy, że czytasz artykuły na tuPozytywnie.pl 🙂 Bądź zawsze na bieżąco i obserwuj nas na Facebooku!