Są koncerty, które się ogląda. I są takie, które się przeżywa całym sobą. W sobotni wieczór 15 listopada 2025 roku Klub Tony wypełnił się po brzegi – dosłownie. Pierwszy sold out na „Trasie ślubnej” Zuty był nie tylko znakiem rosnącej popularności artystki, ale także zapowiedzią wieczoru, który wymknął się standardowym ramom koncertowego rytuału. To był manifest: muzyczny, osobisty, wspólnotowy.
Wejście niczym początek ceremonii – welon, druhny i rytuał przejścia
Zanim rozległy się pierwsze dźwięki, wydarzyło się coś, co wielu z Was będzie wspominać jeszcze długo. Zuta weszła w tłum, nie na scenę – najpierw była między ludźmi. Ubrana w welon, prowadzona przez grupę fanów wcielonych w druhny i drużbów (wybranych wcześniej poprzez fanowską grupę), przeszła powoli i z pełną świadomością gestu. To nie było zwykłe wejście – to była inicjacja. Symboliczny początek drogi, którą miał być cały koncert.
W momencie, gdy wbiegła w światła sceny i odrzuciła welon, publiczność poczuła coś w rodzaju wspólnego oddechu. Zuta uwodziła energią natychmiast – ekspresją, głosem, ruchem. A Wy, stojący tuż przed nią, od razu wiedzieliście, że to nie będzie wieczór „grzecznej” setlisty.
Energia, która porywa bez pytania – Zuta w swoim żywiole
Zuta ma jeden z tych talentów, których nie da się wyćwiczyć: u niej energia scenicza nie jest efektem prób – ona po prostu taka jest. W każdej minucie koncertu można było poczuć, że „Trasa ślubna” to jej projekt totalny: czuły, szczery, żywiołowy, miejscami intymny, a chwilami kompletnie dziki.
Na „Smakach ziół” zaprezentowała choreografię, którą publiczność podłapała z zaskakującą szybkością. To był moment, gdy klub zamienił się w jedno pulsujące ciało.
Chwilę później, przy „Elvisie”, wydarzyło się coś jeszcze piękniejszego – Zuta wyszła w tłum, oddając mikrofon fanom. To, co zwykle bywa spontanicznym dodatkiem, tutaj stało się pełnoprawnym elementem koncertu. Ludzie śpiewali jakby czekali na tę chwilę całe życie. A ona? Z uśmiechem obserwowała, jak jej muzyka żyje poza jej głosem.
Anegdota o kelnerce i tupiącej nodze – powrót do momentu, od którego zaczęło się coś ważnego
Między utworami Zuta podzieliła się wspomnieniem z początków swojej kariery, kiedy pierwszy raz udzielała wywiadu we Wrocławiu i zjadała szybkie śniadanie następnego dnia. Kelnerka powiedziała wtedy, że „chyba ją kojarzy” i że nóżka sama jej tupie do „Elvisa”.
Ten drobny, ciepły epizod wywołał salwę śmiechu i jednocześnie przypomniał, że jeszcze niedawno Zuta była artystką „na skraju”, dopiero tkała swoją drogę. Dziś ten sam „Elvis” śpiewają setki ludzi jednocześnie. Historia zamyka krąg.
Muzyczna podróż przez całą twórczość – z naciskiem na świeżą krew
Koncert został ułożony tak, by prowadzić Was od pierwszych singli aż po materiał z zupełnie nowego albumu „To dopiero początek”. I choć Zuta dwa razy pomyliła kolejność piosenek, publiczność reagowała wyłącznie rozbawieniem – zwłaszcza gdy Maks, jej gitarzysta i świeżo poślubiony partner, z pełnym ciepła spokojem przywracał ją na właściwy tor.
Obserwowanie ich wspólnych interakcji było jak oglądanie zespołu, który działa nie tylko muzycznie, ale też emocjonalnie. Dwoje ludzi, jedno muzyczne serce.
„Zwierciadło” – moment, który poniósł wszystkich
Jednym z najbardziej euforycznych fragmentów wieczoru było „Zwierciadło” – utwór, który zdobył nie tylko Listę Przebojów Trójki, ale przede wszystkim serca słuchaczy.
W Klubie Tony tekst wybrzmiał tak głośno, że naprawdę można było uwierzyć, że przechodnie na ulicy słyszeli „Nie dzwoń do mnie kiedy jestem pijana…”. To był wspólny krzyk wolności, słabości i bezkompromisowej szczerości – wszystkiego, czym muzyka Zuty w istocie jest.
„Mój muzyczny crush since 2023”: Stach Bukowski na scenie
Koncert miał jeszcze jeden wyjątkowy moment, który wielu z Was zaskoczył i rozpalił publiczność do czerwoności. Gościnnie na scenie pojawił się Stach Bukowski – artysta, którego Zuta od dawna bardzo ceni i o którym z czułym humorem mówi: „mój muzyczny crush since 2023”.
Ich wspólna obecność na scenie była wyczuwalnie elektryczna: lekko prowokująca, pełna energii i muzycznej ekscytacji. Stach wniósł do koncertu dodatkową porcję świeżości i rockowego zacięcia, a ich naturalna chemia sprawiła, że publiczność natychmiast zareagowała owacjami. Ten duet – niespodziewany, ale absolutnie trafiony – pokazał, jak ciekawie i odważnie Zuta buduje swoją koncertową narrację, nie bojąc się zapraszać artystów, którzy inspirują ją na osobistym poziomie.
Dzięki Twojemu wsparciu możemy dostarczać rzetelne relacje i ekskluzywne zdjęcia z kolejnych wydarzeń! Postaw nam kawę! ✌️
Finał z przytupem: „Co za stan”
Ostatnie dźwięki koncertu zostawiły publiczność w euforycznym zawieszeniu. „Co za stan” zabrzmiało jak podsumowanie tego, co wydarzyło się przez cały wieczór: radości, wspólnoty, bliskości, intensywności.
To było „do widzenia”, ale bardziej jako „do następnego”.
Wokal, brzmienie i scena – Zuta rośnie jak na drożdżach
Wszystko wskazuje na to, że Zuta i Maks dopiero rozkręcają swoją wspólną muzyczną przygodę. Niski, charyzmatyczny wokal Zuty w połączeniu z synthpopowo–gitarowym brzmieniem czerpiącym pełnymi garściami z lat 70., 80. i 90. tworzy estetykę, która wyróżnia ich na tle polskiej sceny.
To muzyka, która brzmi jak puszczona z kasety, a jednocześnie jest dziś – tu i teraz.
Kobiece, mocne, bezkompromisowe teksty tylko to wzmacniają.
Nie bez powodu pisaliśmy o niej już wcześniej – choć wtedy, podczas Great September 2024, byliśmy dopiero na etapie odkrycia. Teraz widzimy pełnię rozkwitu.
„Trasa ślubna” – performans, manifest, spotkanie
Concept tourów w Polsce nie mamy wiele. Dlatego „Trasa ślubna” robi tym większe wrażenie – to projekt, który miesza muzykę z rytuałem, energię z emocjonalną intymnością, scenę z publicznością.
To nie są zwykłe koncerty. To ceremonie radości, seksapilu, dzikiej szczerości i tanecznej wolności.
To zaproszenie, by przyjść, przeżyć i kochać – totalnie.
Po wszystkim – bliskość
Po koncercie artyści wyszli do fanów. I choć wydaje się to drobiazgiem, było ukoronowaniem całego wieczoru. Zuta i Maks pozostają artystami, którzy pamiętają, skąd przyszli – i dzięki komu są tu, gdzie są.
Wnioski? Uwierzcie: to naprawdę dopiero początek
Jeśli mielibyśmy zamknąć ten wieczór w jednym zdaniu, brzmiałoby ono tak: gdy raz wpadniecie w wir Zuty, nie ma odwrotu – ale każda minuta tej drogi jest tego warta.
Ten duet – a właściwie trio, bo perkusista zasługuje na własny aplauz – ma przed sobą przyszłość jasną jak światła hal i stadionów. I nie jest to przesada.
To tylko kwestia czasu.
A my? Będziemy śledzić każdy kolejny krok. I radzimy Wam zrobić to samo.
ZDJĘCIA
Fot. Magda Stasio | @magda_fotografowanie
Link do zdjęć: https://www.facebook.com/share/p/1Fr4KxEfLn/

